Post Dąbrowskiej: Tydzień 1


Witajcie Kochani, dziś przychodzę do Was ponownie z czymś zupełnie nie kosmetycznym... i coś w co w dalszym ciągu nie wierzę. Podsumowanie mojego minionego już pierwszego tygodnia na poście dr. Dąbrowskiej. Jesteście ciekawi co było moim przełomem i jak przetrwałam coś, co do tej pory wydawało się dla mnie niemożliwe? A jeśli nie wiecie o to w tym chodzi, jakie są zasady, przegapiliście wcześniejszy post wszystko wytłumaczyłam tutaj (klik) Zapraszam :)

Dzień pierwszy

Koszmarny początek dnia, lodówka pełna dobroci produktów niedozwolonych. W głowie myśli, że przecież mogłabym zjeść sobie na śniadanie te ostatnie kawałki pizzy albo tą rybkę co tak kusi - opróżnić lodówkę, by się nie popsuło. A po śniadaniu zacząć dietę, bo niby dlaczego dietę musi się zaczynać od śniadania? Wymówki i wymówki cały czas. Jednak spięłam się w sobie przygotowałam śniadanie z dozwolonych rzeczy -których nie miałam zbyt dużo w mojej dotychczasowej diecie.
Nieważne jaki posiłek: sałatka, koktajl zielony, zupa - za każdym razem krzywiłam się podczas jedzenia, nie mogło to przeze mnie przejść i czułam wciąż, że to ewidentnie nie jest jedzenie dla mnie. Pomidor - ok ale bez bułki?  Jadłam z przymusu a mimo to byłam wciąż głodna nawet zaraz po zjedzeniu.
Im dłużej trwał ten dzień tym bardziej odczuwałam ból głowy spowodowany brakiem ukochanej kawy po przebudzeniu. Pierwszy dzień odpuściłam i jednak w południe wypiłam dużo słabszą niż na co dzień ale jednak parzoną kawę. Ból głowy mimo to przerodził się w potworną migrenę , poirytowanie, złość, nerwowość. Ratował przeciwbólowy Ketonal forte, którego również jak wszystkie leki powinno się unikać na poście.
Wieczorem mój humor przechodził huśtawki, nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać, no bo w co ja się wpakowałam i czy naprawdę myślałam, że dam radę.

Dzień drugi

Dzień mojej pracy i nowe wyzwanie, by przygotować jedzenie na cały dzień od 8 do 21. Pojemnik, za pojemnikiem i godzina o poranku poświęcona wcześniej by tego dokonać. A do tej pory było tak pięknie, jedzeniem się nie przejmowałam - kupowałam w pracy albo po drodze w sklepie a to drożdżówkę a to 7days, ciasteczka itp.
To był też mój pierwszy prawdziwy dzień bez kawy co nie skutkowało dobrze... o godzinie 10 rano w pracy mówiłam ludziom "dobranoc" usypiałam na stojąco, marzyłam o tym żeby dzień się już skończył. Ból głowy doskwierał od rana i nasilał się cały dzień a już pod wieczór siedziałam za biurkiem trzęsąc się z zimna z gorączką i próbując przetrzymać.

Dzień trzeci

Wolny dzień, na szczęście - odpoczynek. W dalszym ciągu tęskniąc za kawą z lekkim już tylko bólem głowy przetrwałam cały dzień omijając wszelkie słodkości stawiane przede mną na pokusę. Wieczorem ratowałam się warzywami z grilla, które swoją drogą przetrzymałam zbyt długo. Czułam się odrobinę lepiej niż w tych pierwszych dniach jednak w dalszym ciągu nie byłam sobą jeśli chodzi o samopoczucie.
Warto też wspomnieć o tym, że również i guma do żucia jest zabroniona - a ja zawsze przy sobie miałam mega pakę więc musiałam i od tego się oduczyć a przerzucić np. na listki mięty w takich kryzysowych sytuacjach.

Dzień czwarty

Pomału zaczęłam się przyzwyczajać do obecnego trybu odżywiania się choć dalej nie znosiłam tego jedzenia, które było tak ograniczone jak nigdy dotąd. Pracowałam, prosperowałam i jakoś dało się to wytrzymać. Kopa dał mi widok wagi, która pokazywała rano po zaledwie 3 dniach -3kg. Coraz mniej już odczuwałam głód, jednak sama ochota na zjedzenie czegoś wciąż się u mnie pojawiała.

Dzień piąty

Postanowiłam podczas wolnego dnia coś urozmaicić, zrobić nowego i poznać całkiem nowe smaki. Jednocześnie musiałam przygotować jedzenie na dwa intensywne dni pracy. Moim przełomem po tych wszystkich dniach to frytki z dyni oprószone cynamonem a do tego mrożony koktajl z grapefruita - mniam! Spróbowałam jak wszystko inne od niechcenia a poczułam się jak w McDonald jedząc frytki i popijając shake'a, to zdecydowanie był mój przełom i pierwsze danie, z którego się cieszyłam i jadłam ze smakiem.
Kolejne moje wymysły tego dnia już tak rewelacyjnie nie wypadły "chlebek warzywny", który nie okazał się hitem i bigos jarski, który się jadło bo był okej ale również nie zniewalał mnie wybitnym smakiem.


Dzień szósty i siódmy

Te dwa dni spędziłam w pracy po 14-13 godzin dziennie, wstawanie wcześniej by przygotować posiłki, mało snu,skutkowało zmęczeniem i bólami głowy. Nie poddałam się i wytrzymałam te wszystkie jak myślałam przeciwności losu. Suma Sumarów nie odczuwałam już głodu, to co jadłam mi wystarczało w zupełności.

Jakie mam wrażenia po tym pierwszym najgorszym tygodniu?

  • Zawszę dużo piłam, jednak podczas diety ilość się zwiększyła do ok. 3 litrów wody i herbatki ziołowe, w efekcie bardzo często chodziłam do toalety zwłaszcza te pierwsze dni diety. Pozbywałam się wody z organizmu i to ona jest efektem straconych szybko kilogramów.
  • To jak często miewałam bóle głowy może być również zależne od migreny, która mi już długo doskwiera. 
  • W pierwszym tygodniu na śniadanie często robiłam surówkę z kapusty pekińskiej, pora, ogórka, rzodkiewki, kiełków brokuła.
  • W ciągu dnia ratowała mnie starta marchewka z jabłkiem  - to coś co akurat lubię i toleruję :)
  • Posiłków w ciągu dnia mam ok. 5-6, staram się aby przynajmniej jeden z nich (obiad) był na ciepło.

Niektórzy wchodzą post po dokładnym zaplanowaniu daty rozpoczęcia, ilości dni diety do przejścia, z pełną lodówką dozwolonych tylko produktów. Ja podeszłam do tego bardzo spontanicznie jak Wam już opisałam, ile planuję dni? Szczerze nie wiem, nie planuję tego, bo po pierwszym dniu i ja i mąż (on oczywiście na post ze mną nie wszedł) stwierdziliśmy, że nie przejdę nawet kilku dni a zapewne za 4 dni będę wcinać kebsa i inne śmieciowe fast food-y.

Tak więc minął pierwszy tydzień u mnie. A może ktoś z Was zastanawia się nad przejściem również tego oczyszczania? Zachęcam, choć sama nie wiem ile wytrwam!


Copyright © 2016 EWA FLUDER Mobilne Spa&Beauty , Blogger